Felietony

Bycie parszywym popłaca?

Wolność słowa, wolność publikacji, wolność artystycznej formy i przekazu. “Wolność”… Czymże jest w XXI wieku wolność? Jak daleko można się posunąć w myśl nieskrępowanego prawa do wypowiedzenia własnego zdania? Czy wolno nam już wszystko?

Skoro ten druk — to pieniądz, a ten pieniądz — siła,
Jak chcecie, by się wolność słowa rozszerzyła?

Cyprian Kamil Norwid

Ostatni tydzień w mediach obfitował w wiele burzliwych dyskusji. Niby na dwa tygodnie przed wyborami nikogo nie powinno to dziwić. W dużej mierze jesteśmy przyzwyczajeni do brutalnej politycznej walki, która tak często nie przynosi niczego nowego. Ten tydzień był jednak inny, kolejne granice padły. Pewne kwestie i elementy debaty publicznej bezpowrotnie naruszyły dobry smak i nie tyle bulwersowały, co zniesmaczały. Choć przyznam, że i to słowo ma za słaby wydźwięk, by oddać jeden do jednego fakt, jak nisko po raz kolejny upadło dziennikarstwo i kultura przekazu.

Na start mieliśmy pozew Jarosława Kaczyńskiego, w którym polityk drogą sądową domaga się od Agory sprawiedliwości i “odkłamania” sprawy “srebrnej”. Jak wiemy, ostro atakowany przez GW prezes PiS nie dość, że nie dopuścił się przestępstw, to postępował wręcz wzorowo, a całe spotkanie z zagranicznym biznesmenem i konstytuowana wokół niego afera może z pewnością zostać nazwana burzą medialną godną typowego tabloidu, który nie próbuje nawet wczytać się w swoje własne treści. Oczywiście całość 31-stronicowego dokumentu złożonego w prokuraturze nie doczekała się równie dużego rozgłosu co “taśmy Kaczyńskiego”. Ot, łatwiej mieszać z błotem niż stawić czoła prawdzie. W końcu przecież publikacje mają swój cel i bynajmniej nie jest nim poszukiwanie rzetelnych odpowiedzi na trudne pytania. Artykuły mają być jak żyletki, mają obnażać, niszczyć, zabijać… Zmasowany atak na Kaczyńskiego ostatecznie się jednak nie powiódł.

Później przyszedł czas na kolejną odsłonę tęczowej rewolucji. LGBT to chyba najczęściej używany skrót ostatniego kwartału. Do tego stopnia często, że ma się wrażenie, jakby osoby innej orientacji stanowiły co najmniej jedną trzecią populacji naszej ojczyzny. Cóż, w rzeczywistości jest ich od 1,5 do 4%, w zależności od wyników badań statystycznych. Ponownie zatem mamy do czynienia z nadmiernym przejaskrawieniem jednego aspektu życia publicznego. Trudno bowiem koncentrować politykę państwa na tak małej grupie i to wokół niej toczyć spory natury nie tylko politycznej. W odniesieniu do LGBT mieliśmy wiele kontrowersji. Jedną z nich było znieważenie uczuć religijnych poprzez prowokacyjne dzieło Elżbiety Podleśnej, na którym Matka Boska widnieje z tęczową aureolą. Pisząc, że taka sztuka to skandal, z marszu narażę się na łatkę prawicowego oszołoma, który nie docenia pokojowego przesłania dzieła. Tu pozostaje mi tylko w myślach rozważać, co by było, gdyby zamiast Matki Boskiej na owym dziele pojawił się Mahomet. Kto wie może u drzwi autorki zamiast policji pojawiliby się muzułmańscy ekstremiści, którzy już raz pokazali światu, że z religii żartów prawić nie można. Katolicy, chrześcijanie co najwyżej się oburzą i pewnie dlatego raz po raz są niemiłosiernie atakowani.

Najpodlej jednak zaatakowane zostały końcem mijającego tygodnia dzieci premiera Morawieckiego. Na światło dzienne wyszły fakty, które wyjść nie powinny. Prywatna sfera życia szefa rządu nie powinna być obiektem przekazu medialnego, szczególnie że nie miała ona nic wspólnego z pełnionymi przez niego obowiązkami. Super Express na swojej pierwszej stronie objawił wszem i wobec, że dwójka dzieci została przez małżeństwo Morawieckich adoptowana. Nóż się w kieszeni otwiera. To prawda, że dziennikarze wiedzą wiele, bo widzą wiele. Często znacznie więcej niż przeciętny śmiertelnik. W sumie to właśnie taka jest ich praca – oparta na patrzeniu, słuchaniu, na zadawaniu pytań i zapisywaniu odpowiedzi. Do licha, jednak w tym wszystkim jest jeszcze jeden drobiazg: przyzwoitość. Kim trzeba być, jakimi wartościami kierować się w życiu, by taki, a nie inny artykuł napisać? Jakim się jest redaktorem naczelnym, jeśli widząc taki tekst nie podejmuje się reakcji, a wręcz uznaje, że wszystko jest w porządku. Nie ukrywam wzburzenia postawą kolegów po fachu z SE. Rynek medialny jest trudny. Walka o czytelnika wyjątkowo jeszcze trudniejsza, są jednak pewne granice dobrego smaku, których się nie przekracza. Jeśli bowiem celem publikacji było uderzenie w premiera, to otwarcie powiem, że plan nie wypalił. Morawiecki jako człowiek zyskał w oczach milionów Polek i Polaków. Zyskał więcej, niż stracił na aferze taśmowej dotyczącej wypadku Kubicy. Niestety, ofiarami SE okazały się bezbronne dzieci premiera. To dla nich teraz nastał najtrudniejszy czas. To one będą musiały się uporać z czymś, na co może jeszcze teraz nie były gotowe.

I tu wracamy do początku rozważania. Jak daleko w ramach pseudowolności słowa można się posunąć? Czy jakiekolwiek przesłanki obronią tezę, podług której skrzywdzenie dzieci w dziennikarskim tekście może zostać zaakceptowane? Nie wiem, może znajdzie się jakiś zwyrodnialec, który uzna, że właśnie na takie informacje czeka rano z kubkiem kawy. Może inny dewiant powie, że liczy na więcej. W moim medium nie ma i nie będzie miał czego szukać. Brzydzę się takiego poziomu prowadzenia debaty z czytelnikiem. Z odrazą patrzę na wyczyny konkurencji. Jeśli bowiem piątkowe wydanie SE przyniosło komercyjny sukces sprzedażowy, to należałoby go przeliczyć na wyrządzoną krzywdę. Patrząc z innej perspektywy, należałoby się zastanowić, czy, a jeśli tak, to kto zyskał na wspomnianym tekście. Jeśli bowiem wyjdzie, że nikt, to zważywszy na ciężki kaliber reperkusji, nie należało go upubliczniać.

“W krajach, w których panuje wolność słowa, wolność dziennikarza ograniczają interesy dziennika, dla którego pracuje. W wielu przypadkach dziennikarz, zwłaszcza młody, musi iść na daleko idące kompromisy i uciekać się do wyrafinowanej strategii, żeby uniknąć bezpośredniego starcia (…) Ogólnie rzecz biorąc, jest to zawód, który wymaga ciągłej walki i czujności.”

Ryszard Kapuściński

Wolność łączy się nieodzownie z człowieczeństwem, a ono natomiast z odpowiedzialnością. Nie tylko za samego siebie, ale także i za innych. Moja wolność nie może ingerować w wolność drugiego człowieka. Niestety, dziś ta zasada coraz częściej ustępuje dążeniu do niezależności, co gorsza – takiej mocno egocentrycznej, egoistycznej. Dla wielu bowiem niezależność urasta do rangi kultu, a skoro jest ważniejsza od wszystkiego wokół, to nie dziwota, że poczuwający się za niezależnego dziennikarz czy artysta kreuje świat prawdziwie skrzywionych idei. One z biegiem czasu stają się potem normą i tak patologia awansuje w hierarchii, zajmując najważniejsze miejsce na salonach… A wszystko dlatego, że tak jak powiedział kiedyś duński filozof:

“Ludzie domagają się wolności słowa jako rekompensaty za wolność myślenia, której rzadko używają”

Søren Kierkegaard

Inne z tej kategorii

Pomoc w XXI wieku

Katarzyna Warzecha

Poranek z życia kota

Oliwia Gucwa

Można nie kochać cię – i żyć…

...ale nie można owocować

D Brabańska

Jak wytrwać w postanowieniach noworocznych

A Kozłowska

Świąteczna ość niezgody

M Lebiest

Obawa przed odrzuceniem

D Jeziorek
Gazeta Jutro