Felietony Piłka Nożna Sport

Kiedy na stadionach będzie bezpiecznie? Czy kiedykolwiek będzie?

Lata mijają, jednak zachowanie kibiców pozostaje niezmienne. Dym, race, petardy. Do tego wszechobecne wyzwiska. W sumie to powinienem powiedzieć, że jest to swoisty standard. Coś, co kupujemy sobie jako gratis razem z biletem wstępu na ten rodzaj imprezy masowej. I choć brzmi to co najmniej absurdalnie, to właśnie ta patologia dzierży większość miejsc na wspaniałych arenach, takich jak PGE Narodowy. O zgrozo, mimo upływu czasu nikt z tym porządku nie robi…

Puchar Polski 2018/19 – fot. ML, Gazeta Jutro

Od finału Pucharu Polski mija tydzień. Długo zastanawiałem się, czy zabrać głos i wznowić debatę na temat poziomu stadionowego kibicowania. Wahałem się. Uznałem jednak, że milczenie jest cichym przyzwoleniem, a tu trzeba działać. Każdy dzień jest ważny, rosną nam bowiem nowe pokolenia piłkarskich fanów, i to właśnie z myślą o nich powinniśmy walczyć o właściwe wzorce kibicowania.

2 maja to Święto Flagi, to także od niedawna dzień piłkarskiego święta wszystkich Polaków. Na PGE Narodowym w Warszawie rozgrywany jest finał Pucharu Polski. Dwie najlepsze drużyny walczą o trofeum gwarantujące nie tylko prestiż, ale i awans do europejskich rozgrywek. Majowa atmosfera towarzyszy chyba każdemu. Stolica pięknie przybrana w biało-czerwone barwy zachęca do spacerów. Co by nie powiedzieć, jest to dzień na wskroś patriotyczny – jak by nie patrzeć, jest wigilią kolejnego ważnego w kalendarzu święta, jakim jest 3 Maja. I choć rzeczywiście na Starówce można poczuć gram atmosfery, to trudno jej szukać na Narodowym. Z bólem serca trzeba zauważyć, że dla kiboli świętości nie ma. Nie potrafią uszanować niczego, nawet finału tak ważnych rozgrywek.

Organizator walczy…

Rok w rok, wydarzeniu towarzyszą szczególne środki ostrożności. Kordony policji, zamknięte ulice. Blokady. Do tego wszechobecne kontrole. Jako akredytowany dziennikarz sam przechodziłem je kilkukrotnie. Mój samochód także. Charakterystycznym widokiem na długie godziny przed spotkaniem były kolejki kibiców czekających na przejście bramy i wejście na sektor. Tu także zdroworozsądkowe myślenie podpowiada, że po czymś takim czeka nas radosne święto piłkarskie, niezmącone żadnymi nieprzewidzianymi zajściami. Owszem, może być wzbogacone wulgaryzmami, ale niczym więcej. Niestety, efekty działań prewencyjnych nadal pozostawiają wiele do życzenia. Nawet podczas wydarzeń organizowanych przez PZPN logika ta zawodzi. Petardy jak były, tak są; dym jak się kłębił, tak się kłębi.

Mając na uwadze ekscesy, jakimi uraczyli nas pseudokibice w 2018 roku, można było założyć, że podobna sytuacja już się nie powtórzy. Ktoś przecież bierze pieniądze za obsługę wydarzenia. Ktoś jest za bezpieczeństwo odpowiedzialny. Sygnał telewizyjny idzie w świat. Przecież PZPN to nie zgraja przypadkowych ludzi, więc powinien potrafić przygotować bezpieczny event. Z żalem trzeba powiedzieć, że niestety, choć jakąś poprawę widać, to jesteśmy nadal bardzo daleko od ideału. Podczas finałowego meczu Jagiellonii i Lechii na stadionie pojawiły się siatki oddzielające sektory ultrasów od reszty “kibicujących”. Przypomnijmy, w minionym roku race latały nad głowami piłkarzy niczym pociski z rusznic, które mierzone w kierunku przeciwległej trybuny miały dosięgnąć “wrogów”. Siatki miały ten proceder wyeliminować. W sumie wyeliminowały. Strzelaniny udało się uniknąć, ale by zbyt pięknie nie było, to race i tak na stadionie zagościły. Tu nie można powiedzieć, że jedna czy druga ekipa kibicowska była bez winy. Zarówno ultrasi Jagi, jak i Lechii łamali prawo. Sęk jednak nie w tym, że mniej lub bardziej szemrane bandy wniosły na stadion pirotechnikę, a w tym, że w ogóle weszły.

Pierwsze świece dymne – fot. ML, Gazeta Jutro

Tu mam wrażenie, że organizatorzy są w błędnym kole. Z jednej strony chcą kontrolować i segregować kibiców, z drugiej jednak w chwilach kluczowych zawodzą. Selekcja wypada źle. Niedozwolone przedmioty zostają wnoszone. Problematyczne staje się także wpuszczenie kibiców na czas, jak miało to miejsce z fanami Lechii, którzy na sektorze ultrasów zameldowali się dopiero po pierwszej połowie. Jeśli bowiem było podejrzenie, że są w stanie wnieść na stadion przedmioty zakazane, mimo wykupionych biletów wejść nie powinni, jeśli jednak takiego podejrzenia nie było, to przetrzymywanie ich poza stadionem było zwyczajnie wymiarem niesprawiedliwości.

Finalnie druga połowa meczu pokazała, że i tym razem pirotechnika zakłóciła spokój piłkarskiego wydarzenia. Szczęśliwie nic nie zapłonęło, choć palenie świec dymnych pod przykryciem sektorówki można nazwać kompletną głupotą, która tylko dzięki szczęściu nie skończyła się tragicznie. Współczuć należy spikerowi, który raz po raz prosił o spokojny doping, o kulturalne okrzyki, o postępowanie zgodne z prawem. Jego zadanie było jednak jak syzyfowe wtaczanie kamienia na górę: skazane na porażkę…

Na co zatem wielogodzinne kolejki przed wstępem na stadion, zaostrzony rygor, kontrole bez względu na status wejściówki? Po co to wszystko, jeśli ostatecznie na arenie można wnieść zakazane przedmioty??? Jeśli pod zasłoniętą twarzą można rozrabiać? Pamiętam, jak kiedyś rozmawiałem z jednym ze stewardów pilnujących wejścia na stadion podczas meczu w Krakowie. Wskazał on na to, iż trudno walczyć z pseudokibicami, ci nielegalne przedmioty wszywają w kurtki, przyklejają do ciała… Nawet na kontroli osobistej trudno je wyczuć. Kibole są przebiegli, dobrze się maskują.

Czy istnieje rozwiązanie problemu?

W mojej ocenie nie ma jednego gwarantującego sukces sposobu. Zakazy stadionowe, kary i procesy sądowe nie odstraszają. Zatem jedynym sensownym zachowaniem, które wymusiłoby zmiany, byłaby oddolna akcja samych kibiców. Rodziny z dziećmi, zwykli kibice powinni odroczyć chodzenie na mecze. Powinni omijać szerokim łukiem piękne stadiony. Coś w polskiej piłce musi się zmienić, a brak finansowych dochodów wymusi zmiany. Nie chodzi już nawet o to, by bezpieczeństwo regulowała cena biletów – zwyczajnie jej podwyższenie wiele nie zmieni. Stadionowy bandyta i tak znajdzie pieniądze, by wejść na stadion. Tu chodzi o coś innego. Gdy na stadionie zjawią się jedynie ultrasi, doping nawet dla władz klubów czy samego PZPNu stanie się niestrawny. Dopiero to w moim przekonaniu może poprowadzić do podkręcenia nadzoru stadionowych bywalców. Zasada “zera tolerancji” powinna w końcu dać efekt. W końcu w innych europejskich krajach także nie brak krewkich kibiców, a przecież czy w Hiszpanii, czy w Anglii na piłkarskich arenach jest znacznie spokojniej.

I niby na ostatek Lechia Pany… czy jednak o taki spektakl kibicowski chodziło? – fot. ML, Gazeta Jutro

Inne z tej kategorii

WT w siatkówce plażowej. Awans Fijałka i Bryla!

Redakcja

Gorąco w Old Firm Derby!

P Derdaś

Remis, który nikogo nie zadowala

K Baran

Wygrana przeciętnego Bayernu

K Baran

Vanna Ly ma wizję na wielką Wisłę czy raczej na dobry biznes?

M Lebiest

Tomasz Sarara nowym mistrzem wagi ciężkiej DSF Kickboxing Challange

M Zębala
Gazeta Jutro